Kryzys europejskiej motoryzacji. Czy Europa sama wjechała do rowu?

Kryzys europejskiej motoryzacji. Czy Europa sama wjechała do rowu?

Od redakcji: Europejska motoryzacja znalazła się w jednym z najtrudniejszych momentów ostatnich dekad. Rosnące koszty produkcji, transformacja technologiczna, regulacje oraz coraz silniejsza konkurencja producentów z Chin zmieniają układ sił na światowym rynku samochodowym. Andrzej Ostry stawia w swoim felietonie niewygodne pytanie: czy Europa, chcąc wyznaczać kierunek zmian, nie osłabiła jednocześnie własnego przemysłu?

Takie zdanie coraz częściej ciśnie się na usta, gdy patrzy się na europejską motoryzację. Tę samą, która jeszcze niedawno pouczała cały świat, jak należy projektować, produkować, kontrolować, homologować i sprzedawać samochody. Dzisiaj ta sama Europa wygląda, jakby sama wjechała do rowu, a potem z powagą tłumaczyła, że to element strategii.

Kryzys jest widoczny gołym okiem. Fabryki drżą, dostawcy liczą straty, dealerzy nerwowo patrzą na place, a klienci coraz częściej pytają nie o prestiż marki, lecz o cenę, zasięg, gwarancję i koszt użytkowania. W tym samym czasie Chiny nie pukają już grzecznie do europejskich drzwi. One te drzwi wyważają. I robią to coraz skuteczniej.

Przez lata mówiono nam, że chiński samochód to produkt tani, słaby i wtórny. Można było się z tego śmiać przy kawie na targach. Dzisiaj śmiech jakoś przycichł. Chińczycy zbudowali własne baterie, elektronikę, oprogramowanie, fabryki, logistykę i skalę produkcji. Europa w tym czasie budowała głównie normy, zakazy, strategie, deklaracje i kolejne piękne hasła o zielonej przyszłości.

Czy europejscy politycy są ślepi i głusi? To byłoby najprostsze wytłumaczenie. Obawiam się jednak, że sprawa jest gorsza. Oni chyba widzą, tylko nie potrafią przyznać, że ich własna polityka zaczęła niszczyć to, co przez dekady było podstawą europejskiego dobrobytu. Motoryzacja nie jest przecież zabawką dla bogatych. To fabryki, huty, odlewnie, lakiernie, producenci części, warsztaty, transport, szkolnictwo techniczne i setki tysięcy miejsc pracy.

Największym problemem nie jest sama ochrona klimatu. Problemem jest ideologiczne zaczadzenie. Uznano, że wystarczy wyznaczyć datę śmierci silnika spalinowego, a reszta sama się ułoży. Nie ułożyła się. Nie wystarczy zakazać jednej technologii, jeśli nie ma się własnej przewagi w drugiej. Nie wystarczy mówić o elektromobilności, jeśli baterie, surowce, elektronika i tania energia są gdzie indziej. To trochę tak, jakby warsztat wyrzucił wszystkie narzędzia, bo kupił katalog z pięknymi zdjęciami nowego wyposażenia.

Europa nałożyła na własny przemysł kamizelkę z ołowiu, a potem kazała mu biec sprintem z Chinami. Droga energia, biurokracja, podatki, raporty, certyfikaty, normy i moralizatorski ton urzędników. Z drugiej strony konkurent, który korzysta ze skali, wsparcia państwa, tańszej produkcji i znacznie mniej romantycznego podejścia do zasad wolnego rynku. A potem zdziwienie, że europejski samochód jest droższy.

Oczywiście można czekać. Może chińska gospodarka się przegrzeje. Może bańka pęknie. Może część firm padnie. Może klienci zatęsknią za starym porządkiem. Tylko że nawet jeśli Chiny dostaną zadyszki, to świat nie cofnie się do roku 2005. Fabryki zostaną. Kompetencje zostaną. Łańcuchy dostaw zostaną. A za Chinami idą następni. Indie nie będą wiecznie tylko wielkim rynkiem zbytu. One też chcą produkować, sprzedawać i zarabiać. My będziemy czekać, aż Chińczycy się potkną, a w tym czasie ktoś inny przebiegnie obok nas.

Co należy zrobić? Przede wszystkim przestać udawać, że przemysł jest problemem. Bez przemysłu Europa będzie eleganckim muzeum z drogą kawą, ładnymi deklaracjami i coraz mniejszym znaczeniem. Trzeba obniżyć koszty energii, ograniczyć biurokrację, skończyć z religijnym podejściem do jednej technologii i wrócić do zasady, że liczy się efekt, a nie politycznie modna metoda jego osiągnięcia.

Jeżeli celem jest niższa emisja, to oceniajmy cały cykl życia pojazdu, źródło energii, trwałość, naprawialność i realne warunki eksploatacji. Nie zabijajmy administracyjnie silnika spalinowego tylko dlatego, że ktoś w Brukseli uznał go za wroga postępu. W wielu zastosowaniach będzie on jeszcze długo rozwiązaniem rozsądnym, szczególnie tam, gdzie elektromobilność wygląda dobrze głównie w prezentacji.

Potrzebne są też uczciwe zasady handlu. Jeżeli europejski producent ma spełniać wszystkie możliwe wymogi, a potem konkurować z produktem wspieranym przez państwo, tańszą energię i zupełnie inne reguły gry, to nie jest wolny rynek. To jest naiwność ubrana w garnitur.

Czy jest jeszcze nadzieja? Jest, ale nie wtedy, gdy dalej będziemy udawać, że samobójstwo gospodarcze to strategia rozwoju. Europa nadal ma inżynierów, techników, marki, doświadczenie i ogromny potencjał. Tylko musi przestać przeszkadzać sama sobie.

Bo na razie wygląda to tak, jakby europejska motoryzacja stała na stanowisku naprawczym, a wokół niej kręciło się kilku urzędników z instrukcją, której nikt nie rozumie. Mechanik już dawno widzi, co trzeba zrobić, ale nie może dotknąć samochodu, bo trwa konsultacja społeczna w sprawie koloru podnośnika.

Panie… to się jeszcze da naprawić. Ale najpierw trzeba odsunąć tych, którzy zepsuli zespsuli wszystkow imię źle pojętego ratowania Świata.

Andrzej Ostry

Zobacz również inne wątki z tej kategorii

Najnowszy numer czasopisma Lakiernik
Newsletter

Bądźmy w kontakcie Zapisz się do naszego Newslettera

Newsletter
Copyright (C) lakiernik.com.pl
Realizacja strony: Estymo
Wyjście
Przeiń na górę